12 lutego 2010
Schabowy
22 stycznia 2010
14 stycznia 2010
Dwójka
Fajne są podróże. Jest się ciekawym świata, to jeździ się bliżej i dalej, sprawdza czy prawdę pisali w podręczniku do geografii i opowiadali na imprezach. Czuje się tę szczególną euforię pierwszego dnia czy wieczoru w nowym kraju. Fascynuje zderzenie z codziennością miejsca znanego z gazet... aż zdarzy się po raz dziesiąty. Wtedy jakoś okazuje się, że każdy nieznany kraj generuje zupełnie znajomą euforię – a czy w podróżach nie chodziło przypadkiem o przeżycie czegoś nowego? Poszerzanie palety zaliczonych krajów staje się rutyną. W towarzystwie jak i przed samym sobą grozi nominacja na nudziarza, który opowiada jedną średnio prawdopodobną historię za drugą legitymizując je snobistycznie brzmiącym ostrzałem nazw geograficznych.
Myśl ta zaczęła mi świtać trochę ponad rok temu w Pewnym Kraju, by rozjaśnić się jeszcze w podróży do kolejnego Pewnego Kraju. Pojawiła się potrzeba zmiany kierunku z wszerz na w głąb, i koncepcja dwójki – ponownej wizyty w miejscu już znanym, z celem o wiele konkretniejszym niż włóczenie się po ulicach. Więc – Indonezja – najdłuższa i najinniejsza z moich dotychczasowych podróży, i miejsce, w którym zostało parę osób wartych stęsknienia się.
I rzeczywiście – euforia generowana przez znany kraj okazuje się zupełnie nowego rodzaju. Niby wszystko normalnie – znowu budzę się w gorącej zupie służącej za powietrze, jadę motorikszą na dworzec, potem pociągiem przez pół Jawy. Mijam slumsy w Dżakarcie, dalej pola ryżowe i wulkany w oddali, a w końcu podwózka na motorze w dzikim ruchu z 20-kilogramowym plecakiem na plecach. Korytarzem pociągu standardowo ciągnie tłum sprzedawców FMCG i żebraków. Wszystko jasne, wszystko zwykłe, wszystko wiem. Ale zaraz... CO?! Przecież wulkany! Slumsy! Zupa! Tłum! Żebraków, sprzedawców! W pociągu! Najlepszą receptą na szczajenie co się dzieje jest wyciągnięcie „Polityki”, czytanie przez 5 minut, a potem podniesienie wzroku.
Albo chodzenie po Dżakarcie z poznanymi w samolocie dwoma kolesiami z Polski, którzy, prawda, pierwszy raz. Jako że samolot się spóźnił i wszystkie pociągi do Dżogdży uciekły, wspomogłem ich moim wątpliwym ale funkcjonalnym indonezyjskim w pakowaniu się do taksówki, targowaniu noclegu, i chłodzeniu piwem. I całe szczęście – inaczej nie zauważyłbym szczura w rynsztoku, jaszczurki na ścianie, że domy są z dykty, i żyje się na ulicy. „Jacek, to może ty coś zjedz, a my popatrzymy”. Wzruszające!
Na pierwszy rzut oka niewiele się w Dżogdży przez te 3 lata zmieniło. Gdy zagaiłem tak taksówkarzowi, odpowiedział: „fakt, prezydent ten sam”. Kumpel, u którego mieszkam, wciąż zdrów i wesół, i bardzo gościnny. Po pierwszej od prawie tygodnia normalnie przespanej nocy mogę spokojnie zabierać się do roboty.
Yogyakarta, 14 stycznia 2010.
PS. Od Drezna nie uciekniesz - tu - Fine Bakery Products :) (patrz poniżej)
PS2. Więcej notek z Indonezji i Dżogdży w starszych wpisach na niniejszym blogu - od stycznia do kwietnia 2007.
14 stycznia 2009
Jacu już nie w Walii wcale...
29 sierpnia 2008
30 czerwca 2008
Fotofelieton



Pozdrowienia!
J.
Nawet w Cardiff czasem jest kolorowo!




Wreszcie jakaś bryka z Wawy, a nie z Lubelskiego (nie obrażając Lubelskiego). Pasuje do krajobrazu, co?
A teraz morda strona:


Cdn wkrótce...
18 kwietnia 2008
Świeża produkcja
Tym razem króciutko. Oto najświeższa produkcja wysmażona w studiu na ostatnim piętrze Atrium i oddana dziś tradycyjnie o czwartej do oceny.
Jest to kawałek zrobiony wyłącznie z nagranych przeze mnie dźwięków z kuchni, pokoju i windy, a także paszczowo. Plus trochę srutu tutu o samplowaniu i jak to powstawało.
Pozdrowienia!
J.
09 marca 2008
Zaraz po wysłaniu poprzedniej blogowej notki przez 3 tygodnie miałem dziki zapieprz na uczelni, a potem tydzień zbyt leniwy, żeby się zabrać do pisania. I tyle się uzbierało, że przez kolejne tygodnie zapełniałem kartkę za kartką i wciąż nie było widać końca tematów. To zatrważające, statystycznie zakrawa wszak na czystą grafomanię! Tak więc Jacu, nieodrodny syn swojej Matki Kustoszki, postanowił podzielić się na odcinki. Dziś więc – Odcinek Pierwszy.
SZKOŁA
W okresie zapieprzu głównie zajmowałem się robieniem trzech projektów, z których każdy trzeba było oddać w odpowiedni piątek najpóźniej o 16:00 w recepcji (za spóźnienie 10 minut grożą wydaleniem z uczelni, ale nie egzekwuje się tego). Tak więc Jacu, zupełnie jak nie on, pracował jak wuł i mół, bo w głowie tykały mu godziny pozostałe do żelazno-platynowego terminu. A terminy (ale takie właśnie prawdziwe) motywują i wyjątkowo efektywnie mi się z nimi pracowało. W trzecim tygodniu przyzwyczaiłem się już do tego rytmu. Udało mi się jakimś cudem zredukować czas przeznaczony na rzeczy mniej istotne, oraz szukać alternatywnych rozwiązań gdy coś nie rokuje dużych szans powodzenia. Cieszę się, ale raczej to wstyd, że nie umiałem tego wszystkiego wcześniej…
Pierwszy projekt dotyczył akustycznych pomiarów pomieszczeń i składały się nań doświadczenia (nagrywanie “neutralnego” sygnału w konkretnej przestrzeni), teoria, i połączenie jednego z drugim (analiza). Fajnie, bo na Politechnice zdarzało mi się, owszem, pić piwo w letnie wieczory, ale nic więcej. Ogólnie wszystkim studentom (włącznie ze mną) był ten projekt “bólem w dupie”, więc rad przeszedłem do kolejnego.
Kolejny projekt był analizą klasycznego syntezatora (czy też klawisza, kiborda, parapetu)... – wiecie co, nie będę Wam chrzanił na czym to dokładnie polegało, tylko polecam zajrzeć tu po prostu i sobie pooglądać jak kogo interesuje, o. Ten projekt był o wiele ciekawszy. Doznałem tego miłego uczucia naukowca odkrywającego całą gałąź wiedzy o której miał wcześniej bardzo mętne pojęcie. Więc pod koniec pracy żałowałem, że nie spadło z nieba przesunięcie terminu o kolejny tydzień – żeby przeczytać jeszcze więcej, i zbudować jeszcze zajebistszy syntezator!
Niestety nic takiego się nie stało, i przyszedł czas na ostatnie zadanie – teledysk. Pierwotnie planowałem przygotować na tę okazję klip Bartendersów. Ale rozochocony na początku stycznia kręceniem powyższego wpadłem na pomysł stworzenia zupełnie odrębnego filmu, skrojonego specjalnie na to zaliczenie. Oto on.
Dodam, że pierwotnie wcale nie chciałem biegać osobiście, ale poszukiwania aktora/aktorki nie szły najlepiej. Znalazłem natomiast chętną na stanie za kamerą. Dobrą stroną takiego obrotu rzeczy było to, że w fazie zdjęć dobrze wiedziałem jak chcę zagrać, czyli zabiec. Złą – podczas edytowania samego siebie zbiera się czasem na wymioty...
Tak więc nad szkolnymi zadaniami pracowało mi się fajnie, ale z jednym ale. Ale władze uczelni postanowiły drastycznie skrócić godziny otwarcia kampusu, właśnie mniej więcej na początku zapieprzu. Szczerze mnie to rozzłościło, bo nie bardzo miałem co innego do roboty w niedzielę – poza tym terminy goniły. Za radą Marka Woodsa („skargę jednego studenta mnoży się razy 50, bo studenci są leniwi i nawet jak im coś nie pasuje to nie myślą o pisaniu skarg”, oraz „w krajach anglosaskich pisze się najpierw do szefa, a on przekazuje niżej”) postanowiłem więc napisać w tej sprawie email do dziekana, dołączając również kilka nazwisk w rubryce „do wiadomości”. Wyszedł mi długi i pełen niepodważalnych argumentów list. Zabrało mi to co prawda trochę cennego wtedy niezmiernie czasu, ale za to obniżyło poziom żółci w organizmie. Następnego dnia okazało się, że wieść o moim liście rozeszła się po uczelni: dwaj wykładowcy powiedzieli żem słusznie zrobił i zaczęli zachęcać innych żeby też się skarżyli jak coś się nie podoba! Bo burdel na kampusie nieprzeciętny, a w ogóle nie ma skarg, i władze myślą że wszystko jest OK. I jeszcze jedno: skarga wykładowcy ma o wiele mniejszą moc niż skarga studenta – bo student to klient a wykładowca to jak szeregowy pracownik korporacji... No cóż, ta moja uczelnia faktycznie korporację bardziej przypomina niż uniwersytet przez duże U. Niedługa tradycja uczelni i kompleksy z tego powodu skłaniają jej włodarzy do agresywnej ekspansji. Mój kampus jest więc trochę „nowobogacki” – budynek odziedziczony po British Telecom, szklane drzwi, i dziekan z przeszłością w biznesie, a nie karierą akademicką.
Wracając do tematu: tego samego dnia po południu odezwał się emailem sam dziekan z pytaniem w jakich dokładnie godzinach potrzebuję korzystać z pracowni! Pięknie – wygląda na to, że chce otwierać budynek specjalnie dla mnie! Nie bardzo wierzyłem, więc skromnie (i zgodnie z prawdą) odpowiedziałem, że nie ja sam siedzę w pracowniach w weekendy. Po kolejnych 2-3 emailach na przestrzeni półtora tygodnia zebrała się jakaś Wysoka Rada i uradziła nowe, wyraźnie dłuższe godziny otwarcia! Pozytywny skutek mojej (a może nie tylko mojej?) interwencji nieźle mnie zaskoczył. Szkoda tylko, że nowe godziny zaczęły obowiązywać dokładnie następnego dnia po tym jak złożyłem ostatnie z serii zaliczeń...
Starczy o szkole, bo, jakimś sposobem, w tym samym czasie zdążyła się zdarzyć masa innych, równie ciekawych rzeczy!
AKADEMIK
23 stycznia miałem przeprowadzkę. Z małego domu w spokojnej dzielnicy zamieszkanego przez ekscentrycznawą artystkę plastyczkę przeniosłem się do dwudziestopiętrowego akademika, tuż obok którego jest skrzyżowanie głównych linii kolejowych, a niewiele dalej duże budowy: gigantycznego centrum handlowego i kolejnego wieżowca. Ciszę zamieniłem więc na industrialny huk, a gospodynię na ok. 650 studentów, głównie pierwszego roku. Od dawna chciałem to zrobić, niemniej jednak pierwsze wrażenie było „chyba cię Jacu nie powiem co zrobiło żeby się tu wprowadzić”...
Mieszkam na 9 piętrze w mieszkaniu składającym się z 6 pokoi (z łazienkami) oraz kuchniosalonu. W każdym pokoju mieszka student lub studentka. Mój pokój jest dość mały, ale bardzo ergonomiczny, podobnie jak i kuchnia. Najciekawsi są jednak współlokatorzy. Jest to trzech 19-latków i dwie 19-latki, wszyscy z Anglii lub Walii. Miło z ich strony, zaprosili mnie na wspólne wyjście na miasto w sobotni wieczór. Najpierw u nas, potem w innym mieszkaniu (ich znajomych), potem na ulicy, wreszcie w klubie przelatywał nam czas, a ja czułem się jak etnograf – stosujący zasadę „obserwacji uczestniczącej” w życiu dzikiego plemienia. Najpierw sączyli drinki. Potem siedzieli u kolegów, którzy najpierw zastanawiali się w co się ubrać a potem robili się na bóstwa (w stylu bitelsowym mocno, czyli obecnie przeważającym). W tym czasie inni grali w Fifę na konsoli. Potem ścigali się w biegach po ulicy. W końcu tańco-stali na zatłoczonym parkiecie w klubie. Niby wszystko normalnie, ale ich styl przypominał mi ten z amerykańskich seriali dla nastolatków w których wszyscy starają się być niesamowicie „kul”, ochłodzony brytyjską obojętnością. Ja nie pasowałem do nich zupełnie – niemy (nie potrafiłbym sklecić jednego zdania tak jak oni, zresztą 80% z tego co mówili nie rozumiałem – nie ryję się!), inaczej ubrany, urwany z księżyca – byłem jak powietrze. Skisłbym gdyby nie ten „etnograf” we mnie, ciekawy co dalej nastąpi.
Następnego dnia poszedłem z nimi do parku grać w piłkę (ale fajnie, nie grałem od lat!) i dalej nie wiedziałem co powiedzieć, co jest uczuciem podobnym do stania po pas w szambie. Na tym skoczyły się póki co moje przygody z współlokatorami – teraz spotykam się z nimi tylko w kuchni, i zamieniam kilka słów jeśli występują w niej pojedynczo – inaczej jestem poza konkurencją i wraca szambo. Ciekawe czy do czerwca się coś zmieni...
Na szczęście kiepski kontakt z współlokatorami prawie mnie nie martwił. Oto dlaczego:
NAJTLAJF
Kolejne kluczowe wydarzenie zbiegło się w czasie z przeprowadzką. Kilkanaście godzin wcześniej, w środku nocy, przyjechała na dworzec w Cardiff Kasia Rola, czyli stara (ale tylko stażem!) dobra koleżanka z muzykologii. Patronem jej przyjazdu jest kolega Erazm z Rotterdamu, który ostatnio, jak wiemy, jest bardzo zajęty – zza grobu przegania po Europie tysiące studentów. Odebrałem Kasię z dworca, uroczyście wręczyłem klucz do bram miasta stołecznego Kardifu, po czym pomogłem jej znaleźć akademik. Co prawda był on o czwartej w nocy zamknięty na cztery spusty, ale wydzwoniony pan ochroniarz przyjechał otworzyć.
Przez kolejne trzy dni, dzięki nadprzyrodzonej mocy Erazma, Kasia poznała tyle osób ile ja przez poprzednie trzy miesiące! Spotkałem się z nią i nimi raz na mieście, potem Kasia wkręciła mnie na imprezę w akademiku, potem drugą, potem wyjście do pubu na mecz, i tak się potoczyło. Poznałem ogółem gdzieś między 20 a 30 Erazmusów, którzy różnią się od Brytyjczyków jedną zasadniczą rzeczą: są otwarci! Okoliczności są tu nie bez znaczenia – nagle znaleźli się wśród ludzi z całej Europy. Na pierwszych dwóch imprezach zajmowaliśmy się głównie nauką wymowy imion współrozmówców, wymianą informacji o miejscu pochodzenia (czy Caen jest na zachód czy na północ od Paryża?), a ścienna mapa Europy była jednym z centralnych punktów imprezy. Wszyscy porozumiewają się koślawym nieco angielskim ale zdają się znakomicie rozumieć (tym lepiej im pustsze butelki na stole). Odrębność „Erasmus English” jest szczególnie wyraźna, kiedy na imprezie pojawiają się jacyś Brytyjczycy – najcześciej przebywają we własnym towarzystwie, bo bariera językowa jest dla obu stron o wiele za wysoka...
W naszej najbliższej paczce są:
Elisa, z północnych Włoch (nie wygląda na Włoszkę)
Gabriele, ze środkowych Włoch (wygląda, ale za to się nie spóźnia), który kręci z
Sarą z Boden w północnej Szwecji (po kilku latach przypominam sobie podstawy szwedzkiego, co idzie ciężko bo zawsze „wyskakuje” mi indonezyjski J, ale po piwie czy dwóch okazuje się że pamiętam całkiem sporo – co z kolei jeszcze bardziej zdumiewa Sarę...)
Anna-Liisa z Jyväskylä – jak na Finkę przystało lubuje się w śnieg-metalu, którego przecież i ja kiedyś byłem fanem!
Ania Kruszewska z Grochowa we wschodniej Warszawie, z którą zupełnym przypadkiem odkryliśmy, że chodziliśmy do tego samego liceum, i to do takiej samej klasy (ona rok niżej) – „mam wrażenie że cię skądś znam...”
plus chmara innych, których znam słabiej i przez litość dla czytelnika nie wymienię.
Cieszę się bardzo, że zobaczyłem na własne oczy czym się je tego całego Erasmusa, na którym chyba była połowa z moich warszawskich znajomych. Nie chcę być górnolotny (ale będę :-P), ale zryzykuję wyrażenie „pokolenie Erasmus” – polscy studenci rozpraszają się po Europie, masowo i raczej bez kompleksów, po raz pierwszy od daaawna w historii naszego Umęczonego Kyraju...
Tyle na dziś, a w następnych odcinkach o sportach zespołowych (biernych i czynnych), wycieczkach historyczno-krajoznawczych, pracy na autostradzie, słowem – istny jarmark cudów!
A na koniec kilka zdjęć z erazmusowych imprez:
19 stycznia 2008
Niech tam leje, niech tam wieje, ja się bawię ja się śmie-ję!
W Cardiff jest bardzo zróżnicowana pogoda. Raz leje, raz kropi, a czasem zupełnie zwyczajnie pada. Zdarza się kropelkowa zawieja, kiedy indziej znów pozioma ulewa. Czasami (bardzo rzadko) tylko wieje, czasem lekko pada i bardzo wieje, a innym znów razem średnio wieje i niezbyt leje. Zdarza się też że słońce świeci deszczyk pada czarownica się podkrada, ale to w ogóle najrzadziej. Udało mi się ostatnio zobaczyć bezchmurne (po części) niebo, ale akurat byłem w podmiejskim pociągu; jak dojechałem do celu, już kropiło.
Pogoda więc zupełnie dobra byłaby, gdyby nie jedna trudność: o 6:30 nie da się dojechać do pracy żadnym autobusem, nawet gdyby stać mnie było na taki luksus. A na piechotę idzie się tam 25 minut. Kombinacja żeglarskiej kurtki, parasola, i nieprzemakalnych butów przeważnie daje radę, ale przy mocniejszym wietrze główny wysiłek idzie w kierunku utrzymania parasola i uchronienia go przed losem wielu jego kolegów, truchełka których zalegają masowo na chodnikach, ulicach i nielicznych trawnikach miasta stołecznego Kardifu.
Na szczęście problem ten prawie zniknie gdy przeniosę się wreszcie do tego cholernego akademika, który co prawda chmur nie przepędzi (mimo że ma 20 pięter, więc je już solidnie połechtuje), ale dzięki lokalizacji tuż obok kampusu i 5 minut od pracy będzie przynajmniej przystanią z suchymi ciuchami na zmianę.
Jestem przekonany, że pogoda wpłynęła również na inny aspekt moich tutejszych gier i zabaw. Od nowego roku mianowicie postanowiłem bardziej metodycznie eksploatować miejską bibliotekę, a ściślej fonotekę, wypożyczając również takie płyty, których okładki ani nazwy zespołów nic mi nie mówią. Zacząłem więc od regału z A i B, gdzie znalazłem między innymi „Vehicles and Animals” zespołu Athlete oraz „Think Tank” zespołu Blur (o tym zespole, owszem, słyszałem już wcześniej :-P). Nigdy wcześniej nie trawiłem britpopu, który oba te zespoły niezaprzeczalnie reprezentują. Ale od kiedy mam te dwa albumy nie mogę przestać ich słuchać podczas przymusowych spacerów po mieście stołecznym Kardifie, pod kapturem i z parasolem. Bardzo mi się w nich podoba eksperymentalna, ciekawa produkcja (nie są to typowe britpopowe smuty), ale o dziwo ciągnące się wokale czy powolne gitary też brzmią fajnie. Dam głowę, że jest związek między tutejszą pogodą i otoczeniem a tą muzyką - powstawała przecież w podobnych okolicznościach, i chyba ma ten deszcz gdzieś zakodowany. Nie pierwszy raz zresztą czuję jak muzyka zyskuje w swoim oryginalnym kontekście...
Pozdrawiam więc ciepło (9-12 stopni na dworze, odrobinę więcej w domach),
J.
Cardiff, 19-01-2008, 12:30
PS. http://pl.youtube.com/watch?v=1kpAxKm8wSs – jedna z piosenek Athlete.
12 stycznia 2008
Dwa miesiące w jednym! Jarmark cudów!
Cholera, ostatni wpis był na początku listopada... Ale obiecuję że się streszczę. Bo na przykład do połowy grudnia działo się w zasadzie to samo co wcześniej :-P. Tyle że kurs zaczął przyspieszać i pod koniec miałem naprawdę sporo roboty. Trochę obróbki wideo, trochę budowy syntezatorów, trochę akustycznych testów w nowowybudowanych pomieszczeniach na kampusie, i pierwsza w życiu prezentacja na zajęciach po angielsku (uff, już po).
A, no i nowa praca. Od jakiejś połowy listopada raz w tygodniu chodziłem na trzy godziny do lokalnej szkoły w Rhydyfelin (proszę sobie wyguglać gdzie to) pomagać polskim dzieciom w czajeniu co się dzieje na lekcjach. Bowiem dopiero co osiedliły się wraz z rodzicami (kierowcami autobusów i tirów) w okolicy i, choć np. z chemii czy matematyki wiedzą sporo więcej od ich kolegów, to nie mają jak im tego powiedzieć. Nawiasem mówiąc fascynują mnie pozajęzykowe sposoby komunikacji, które dzieci rozwinęły przez te dwa miesiące od początku szkoły, oraz sposoby uczenia się angielskiego – z konieczności zupełnie inne niż te przez które sam przechodziłem. Praca nie opłacała się zbytnio pod względem finansowym, bo do trzech godzin w szkole musiałem dodać dwie na dojazd plus koszt biletu. Ale za to była ciekawa i satysfakcjonująca, a poza tym wybornie jest znów znaleźć się w szkole i usłyszeć „James, proszę natychmiast oddać mi telefon i zameldować się u derektorki” :-)
A, i jeszcze jedna praca! Również od połowy listopada co tydzień jeździłem do kurortu golfowego w Newport (wygugl prosz), to się catering po polsku nazywa. Są tam siedząco-tańczące imprezy na kilkaset osób, i 20-30 mnie podobnych studentów. Sympatycznie, bo jest z kim pogadać, i nie frustruje się czoek że w sobotę wieczorem siedzi sam w domu.
Jeszcze tylko koncert Madness w CIA (Cardiff International Arena) z saksofonistą latającym pod sufitem, oraz erazmusowa wigilia u koleżanek koleżanek, i wreszcie eskejpowałem* się stąd na trzy i pół tygodnia („No ho ho ho ho ho ho ho! To nie tak mało! Brawo!”), podczas których zapewne większość z Was mnie widziała...
W Warszawie było super pod każdym względem, dawno takich fajnych świąt żem nie miał. Oprócz spotkań z rodziną i Anuszką i tabunem przyjaciół udało się z Bartendersami nakręcić teledysk, który, jak dobrze pójdzie, niedługo będzie się pojawiał 20 razy dziennie w emtiwí.
No ale przyszedł styczeń i trzeba było się zawijać z powrotem. W samolotach spiąłem zwieracze i napisałem sporą część referatu, który miał być gotowy na za trzy dni (i dzięki temu był). Potem niekończąca się jazda po Londynie kilkoma pociągami, które nawet nie wiadomo gdzie jadą bo nic za oknami nie widać, ale zakończona znów wspominaniem starych dobrych czasów u Lilii.
W Cardiff poczułem się całkiem miło – pierwszy raz wyjechałem gdzieś za granicę do miejsca które dobrze znam. Znane twarze życzą szczęśliwego nowego roku, świeci słońce (no dobra, po pół godziny się schowało i zaczęło standardowo padać).
Mieszkam znów u pani Dale, taj samej co na początku października. Przedwczoraj opowiedziała mi o swojej pracy magisterskiej z filozofii sztuki wideo. Ciekawy stuff, zwłaszcza że jak wiadomo Jacu się w filmie ostatnio, ę-ą, obraca. Dziś uciąłem kolejną ze dwugodzinną pogadankę z Markiem Woodsem (świeżo upieczony doktor i pracownik uczelni, Amerykanin): coś tam lingwistyka, coś tam odżywianie się, coś tam kariery w filmie, coś tam cholerni Walijczycy, coś tam dojrzewanie w Ohio, coś tam uniwersytety w kraju i na świecie itp., słowem: prawdziwy jarmark cudów.
Niestety dowiedziałem się (to właściwie stety), że „projekt magisterski” robi się tu od marca przez całe lato i oddaje na początku października, a potem jeszcze w listopadzie jest obrona. No i jak ja teraz zrobię Warszawską Jesień 2008? :-( Chyba że skończę wszystko do czerwca, ale to ponoć ciężko. Zwłaszcza że nie mam póki co bladego pojęcia czym konkretnie chciałbym się zająć, a bez tego raczej nie zacznę... Właśnie: jakieś pomysły?
Będę się na 98% wprowadzał na dniach do akademika i mieszkał ze studentami pierwszego roku, czyli 19-latkami :-) Byłem już u jednych, całkiem sympatyczni się wydają. I wszyscy studiują na moim kampusie, może nareszcie nie będę mijał obcych mord na korytarzach... Poluję jeszcze na tańsze pokoje, które mogą się może zwolnić, ale jak wiadomo na ośmioro babka wróżyła...
A w przyszłości? Kontrakt w Bratysławie!
J.
Cardiff, 12-01-2008, 14:27
* - Jakby co, ten makaronis pochodzi jeszcze ze starych dobrych czasów dojazdów do Władysława IV ikarusami 280 na liniach 509 lub 362 w zależności od eskejpującego się.
PS.:
szkoła w Rhydyfelin
okolice szkoły w Rhydyfelin
kampus i jego wypełzła zawartość podczas testów przeciwpożarowych
kampus
kampus
kampus
na blokach
aukcja mięsa na bazarze
Warszawska Jesień czy Targówek?
27 października 2007
Aberystwyth
25 października 2007
Skia!
Nie pisałem już ładne trochę, ale zupełnie nie było się czym chwalić. Studia rozwijają się bardzo powoli, prace dostaję coraz gorsze, a z najlepszej mnie wyrzucili (pierwszy raz w życiu!).
Ale przedwczoraj coś się wreszcie wydarzyło.
Jeden z wykładowców, od akustyki i produkcji, zaprosił studentów na koncert zespołu w którym gra. Wiedzeni ciekawością a także zapewne chęcią konsumpcji alkoholu spożywczego w towarzystwie współkursantów i przełamania komunikacyjnych lodów studenci mojego kursu odznaczyli się w irlandzkim pubie frekwencją podobną do tej w naszych ostatnich wyborach*.
Okazało się, że Jim Barrett gra na saksofonie basowym w jazzowym big-bandzie.
A teraz najlepsze: zespół wychodzi na scenę i od czego zaczyna? „Skaravan”, czyli absolutna jamajska klasyka! Wyobraźcie sobie moje zdumienie – przez ostatnie 2 tygodnie szukałem jakichkolwiek śladów ska w moim nowym mieście, i nic. A tu proszę, na pierwszym koncercie na który poszedłem mój własny wykładowca na basowym saksie robi rytmiczne dęte!
Jamajskie rytmy złożyły się na jakieś 40% seta, zagrali m.in. jeden z najlepszych numerów jakie znam, czyli „Pressure Drop”.
Oczywiście największym atutem big-bandowych wykonań była duża ilość solówek. Całość brzmiała jednak trochę chaotycznie, a przede wszystkim bardzo brakowało im Afrosa, bo perkusista nie za bardzo sobie radził, szczególnie ze ska. Zainteresowanym polecam kawałki do ściągnięcia z ich strony (www.wonderbrass.org.uk).
Wczoraj poznałem kilku innych polskich studentów z mojej szkoły. Fajni są. Być może w przyszłym miesiącu zaczniemy pomagać w angielskim polskim dzieciom, które dopiero co przyjechały z Kraju, poszły do lokalnej szkoły, i nie za bardzo be czy me.
Pozdrawiam!
J.
Cardiff, 25-10-2007, 9:54
10 października 2007
Dzicy
Zwyczajna rzecz - gdyby nie miejsce, w którym Ray działa.
Jest to mianowice jedno z najgorszych pod względem społecznym przedmieść Cardiff. Z pozoru (czyli z punktu widzenia świeżo przybyłego cudzoziemca) wcale tego nie widać: samochody wokół co prawda małe, ale nowe (przewrotnie: tu niewielki nowy samochód oznacza biedę; żeby mieć stare a tym bardziej duże auto trzeba płacić za nie ogromny doroczny podatek), trawniki tam gdzie trzeba, czysto, domy-szeregowce są niezbyt stare i trzymają się dobrze. Ale ludzie zupełnie do tego nie pasują. Dzieci chodzą w brudnych ciuchach i przeklinają, nastolatki oferują trefne radia samochodowe a dorośli narzekają na podwyżki mleka w tesco (osi kulturalnej okolicy) - wielu z nich żyje z zasiłków (Ray opowiada mi ich historie gdy oddalamy się na kolejną ulicę). Uderzające jest to że prawie wszyscy tam są b r z y d c y, oraz, że prawie nie ma wśród nich imigrantów - to prawdziwi, rdzenni, południowi Walijczycy. Mówią jeszcze mniej zrozumiałym akcentem niż ludzie w mieście (choć wciąż jest to angielski, nie walijski). Są biedni - nie dość że zarabiają minimum to nie potrafią oszczędzać i nierzadko zalegają z czynszem. Są wśród nich Cyganie, czy "podróżnicy", jak eufemistycznie nazywa ich Ray (nie wyglądają jednakże jak Romowie) - ich dzieci kończą edukację np. w wieku 10 lat i nie umieją czytać (byłem świadkiem jak nastoletnia dziewczyna musiała wysłuchać co Ray ma na składzie bo po napisach się nie zorientowała). Po dwóch dniach jeżdżenia po tych osiedlach po osiem godzin zacząłem tęsknić do zwyczajnych, różnorodnych ludzi mających jakieś normalniejsze sprawy na głowach, myśli między neuronami, a przede wszystkim pomysły i cele w życiu - a tacy mieszkają w "mieście". Będąc dziś na uniwerku tym dobitniej uświadomiłem sobie tę różnicę.
Ray jest, można powiedzieć, centralną postacią tego środowiska - jeździ po tych samych kilkunastu ulicach od dziewięciu lat, wszystkich zna, dla wszystkich ma żarcik dnia, wysłuchuje narzekań i zwierzeń. Jeśli ktoś z Was oglądał za młodu "Listonosza Pata" może sobie te sytuacje troszkę wyobrazić.
Jeszcze kilka dni i sam zacznę jeździć tą furgonetką - dobre strony są takie że jeśli zacznę rozumieć t y c h ludzi, to z tymi z miasta będzie już zupełnie łatwo. Poza tym Ray jest "w porządku" - płaci mi od początku "szkolenia" i jest ogólnie sympatyczny.
A lepszej pracy na razie nie znalazłem.
W ogóle momentami mam wrażenie że życie tu jest jakieś "niedorozwinięte" - oficjalne procedury są wytłumaczone jak przedszkolakowi, niewielu zdaje się mierzyć wysoko, a dziś rano niedaleko domu jakiś doręczyciel pyta mnie gdzie jest numer 42 bo szuka już jakiś czas i nie może znaleźć (a jesteśmy na nieparzystej stronie ulicy).
Od 9 dni poznałem może z 5 osób. Wciąż kierunek zmierzania tego wszystkiego jest zupełnie mętny i zaczynam tracić nadzieję na to że się wkrótce pojawi.
Ale przynajmniej jest ciepło i bezdeszczowo, a przeważnie nawet słonecznie.
J.
Cardiff, 10-10-2007, 19:47
05 października 2007
Żyćś'
Idąc rano na uniwerek trzaskałem po kilka zdjęć różnych rzeczy, co jest pierwszym zadaniem jakie dostałem na studiach. To ponoć wstęp do produkcji teledysków.
Taki tu socjalis że za każdą pracę dostaje się tyle samo, czyli £5.50/h, a w wyjątkowych przypadkach £6 i ani grosza więcej! No chyba że jest się w pełni dyspozycyjnym albo ma się różne licencje kierowców, księgowych albo ochroniarzy. Ale mnie to nie dotyczy.
Ponoć lepiej mają ci, którzy zrobili dzieci albo wyszli za mąż albo podpadają pod jakąś inną z licznych grup uprzywilejowanych, bo dostają od szanownego państwa tax credits, czyli dodatkową kasę poza pensją.
Jako mistrz niezdecydowania jestem więc zbity z tropu tym, że przy porównywaniu ofert liczy się tylko to co będę robił, że £££ właściwie nie gra roli... Durnowate! No nic, może i dobrze, więcej się czoek nad sensem życia pozastanawia.
Spotkałem dziś na ulicy taki fenomen: idą dwie dziewczyny i brzmią jakby po polsku. Przysłuchuję się mocniej i nie mogę uwierzyć - jedna z nich ma akcent niewątpliwie polski ale co drugie słowo i większość końcówek - czesko-słowackie. Gdy druga jej odpowiedziała, nie było wątpliwości - Słowaczka, ale ta pierwsza mówiła czystą polsko-słowacczyzną, w proporcjach bardzo bliskich 50/50!
Jakoś nie wiem dokąd to wszystko zmierza.
Cardiff, 5-10-2007, 15:34
03 października 2007
48h w Cardiff
Za 2 godziny zacznę "studiować za granicą". Kierunek zwie sie Master of Science, Music Engineering and Production. Szkoła - University of Glamorgan (po walijsku Prifysgol Morgannwg). Miasteczko zwie się Cardiff i jest stolicą Walii. Dostałem stypendium w wysokości połowy rocznego czesnego, więc powinienem dać radę.
Przyjechałem tu 2 dni temu. Szoku kulturowego brak. Jest sporo różnokolorowych imigrantów (świetny wybór różnych kuchni!) i tabliczek ostrzegających przed najdrobniejszymi zagrożeniami (socjalizm w rozkwicie). Nareszcie mogę swobodnie przechodzić na czerwonym świetle. Pochmurno i bezwietrznie, przedwczoraj mżało, wczoraj nie. Dziś rano wyszło słońce na chwilę, co podobno zdarza się 2 razy do roku (jak powiedział pewien Portugalczyk u którego prawdopodobnie będę mieszkał). O, właśnie znowu się pojawiło!
Praca leży na ulicy, nie wiem na którą się zdecydować. Jeżdżenie motorkiem z pizzą brzmi fajnie, bo jeździ się motorkiem! Ogłaszam konkurs na ciekawszy pomysł na pracę!
Wszystkie napisy są po angielsku i walijsku bo rząd tak chce, w praktyce nikt po walijsku nie mówi. Generalnie te zbitki spółgłosek są nieszkodliwe, ale czasem wymaga trochę gimnastyki żeby dojrzeć zrozumiałą wersję.
Wrócimy tu gdy coś się zacznie dziać.
Pozdrowienia,
Jacek
Cardiff, 3-10-2007, 13:09
11 kwietnia 2007
Święta
W Indonezji też jest Wielkanoc – a myślałem, że nie ma. Piątek był oficjalnie dniem wolnym od pracy, z czego nie omieszkałem skorzystać.
Wczesnym popołudniem wsiedliśmy z Candrą (jeden z moich trzech najlepszych kumpli – student socjologii i znajomy wielu) oraz Gazim (kolejny z tych trzech – fotograf bangladeskiego PAPu i ciekawski zwiedzacz) do autobusu kierującego się do Magelang – oddalonego o ok. 50 km od Jogjakarty miasteczka otoczonego trzema wulkanami (na czele z nieustannie zionącym Merapi). Tam przesiedliśmy się na mniejszy, początkowo potwornie zatłoczony, autobus do małej górskiej wioski Wekas. Celem był Merbabu – wulkan wygasły, ale za to wyższy od Merapi.
Po zjedzeniu porządnego obiadu (dla mnie 2x soto ayam) i zaopatrzeniu się w kilka porcji ryżu przed 19 ruszamy w górę. Humory nam dopisują. Dla mnie jest to początek drugiej w życiu wspinaczki na wulkan (pierwszym był prawie dwa razy niższy Gunung Batur na Bali, w połowie lutego). Dla wprawionego Candry – kolejne już wejście na Merbabu i okazja do poznania innych turystów, którzy przyjeżdżają tam głównie z Jogjy. Dla Gaziego natomiast – w ogóle pierwsza w życiu wycieczka na jakąkolwiek górę, bo Bangladesz jest ponoć zupełnie płaski. Na przemian więc strasząc i pocieszając podekscytowanego żółtodzioba dochodzimy do „base camp” – schroniska w ostatniej wiosce po drodze, połączonego z małym sklepem z ekwipunkiem oraz książką rejestracyjną dla wybierających się wyżej. Oprócz stuprocentowo jawajskich starszych gospodarzy spotkaliśmy tam ok. ośmioosobową ekipę z jednej z licznych jogjańskich NGOs, do której po krótkiej rozmowie zdecydowaliśmy się dołączyć.
Dzień wcześniej rozmawiałem z pochodzącym z Magelang sąsiadem Ala, który twierdził, że wejście z Wekas na szczyt zajmuje 4 godziny. Pierwotny plan był taki, żeby przespać się w base camp i standardowo wycelować we wschód słońca, wyruszając ok. 2 w nocy. Okazało się jednak, że spotkana właśnie ekipa przewiduje na wejście ok. 8 godzin, więc błyskając latarkami wyruszamy już o 21. Nie było to miłe zaskoczenie: nie dość, że czekała nas dwa razy dłuższa wspinaczka, to rozmyła się perspektywa krótkiego choćby snu... Trudno, myślę, mamy dużo czasu, więc będzie okazja na drzemkę po drodze lub na szczycie.
Co najmniej dwóch z naszych towarzyszy twierdzi, że zna drogę, jednak dość szybko wybieramy niewłaściwy szlak. Gdy jeden z chłopaków na śliskim odcinku osuwa się o kilka metrów w dżunglę, przewodnicy decydują o powrocie na rozdroże – tracimy ok. godzinę, ale od tej pory droga jest już jasna. Z powodu ciężkiego ekwipunku na plecach kolegów z NGO zatrzymujemy się często, ale wspinaczka idzie sprawnie. Nie tracimy rezonu i cały czas żartujemy, choć z powodu narastającego zmęczenia coraz bardziej od rzeczy. Ok. 1 dochodzimy do „pos 1”: kawałka płaskiej przestrzeni i źródełka wody. Tu chłopcy zaczynają wyciągać zawartość swych plecaków: kubki, kuchenkę, zbiornik z gazem, śpiwory, jedzenie... Chętnie łykamy gorącą kawę, bo... no właśnie: zaczęło się robić zimno. Wkładam na siebie trzy tiszerty, bluzę i kurtkę, ale okazuje się, że przydałoby się więcej. Próbuję spać, ale niegłupi organizm wstrzymuje procedurę. W tej sytuacji najlepszym wyjściem jest ruszenie w dalszą drogę, z nadzieją na więcej ciepła po wschodzie słońca.
Wspinaczka wystarczająco rozgrzewa, ale droga staje się trudniejsza, tym bardziej, że oddaję swoją latarkę Gaziemu (mieliśmy dwie latarki na trzy osoby) – muszę się zadowolić pełnym księżycem i komórką. Teraz idziemy już w milczeniu. Przed 4 dochodzimy do przełęczy, czyli brzegu krateru. Tu znów postój i coraz bardziej doskwierający chłód – zaczyna również wiać. Zjadamy przyniesiony z dołu ryż i trochę krakersów, i znów z miernym skutkiem próbujemy spać. Nasza ekipa z NGO postanawia rozbić tu obóz, więc ok. 4:30 ruszamy w górę z dwoma innymi chłopakami, którzy nas w międzyczasie dogonili.
Ok. 5 decydujemy się zatrzymać na kolejnym „posie” i poczekać tam na wschód słońca. Znów to samo: zimno, zimno!, piźźźźździ jak cholera!!! Oceniam, że było jakieś 6-8 stopni plus wiatr, bo przestała nawet wystarczać jedna para długich spodni.
Percepcję mam więc ograniczoną, nie na tyle jednak, żeby daleko w dole nie dostrzegać otaczających naszą górę, migoczących przydomowymi światełkami równin, a także niewyraźnie zaznaczających się konturów sąsiednich wulkanów. Ok. 5:30 zaczyna jaśnieć, w wyniku czego nikną światełka na równinach, pokazują się za to całe wioski, oraz zielone zbocza naszego wulkanu. Niestety, jest dużo mgły i chmur, więc nie na wszystkie kierunki widok jest równie dobry.
Nadchodzi pora modlitwy, o czym, z czterech muzułmanów, którzy mi towarzyszą, pamięta tylko Gazi. Jest zachwycony: stąd jest sporo bliżej do Allacha! W ogóle, jak na pierwszą górską wycieczkę oraz niezbyt wysportowaną figurę, Gazi spisuje się znakomicie: nie zostaje z tyłu, a także komentuje wszystko z takim przejęciem, jakie ja przeżywałem w górach wieeele lat temu...
Gdy decydujemy się ruszyć dalej, Gaziego ogarnia jednak strach: teraz wszystko już widać, a grań jest wąska i stroma. Wraca więc do obozu rozbitego przez ekipę z NGO na przełęczy, a na szczyt idzie oprócz mnie Candra i dwóch nowych kolegów. Zmęczenie i zimno wciąż potworne, ale docieramy w końcu do tabliczki „najwyższy szczyt, 3171 m n.p.m.” (większość źródeł podaje 3142 m – cóż, Indonezja...). Niestety, z powodu chmur nie widać pobliskiego Merapi. Tu śpimy wreszcie ok. pół godziny pod śpiworami kolegów. Mimo wszystko obudzony drgawkami budzę Candrę i ok. 6:50 zaczynamy schodzić. Idzie nam powoli, bo Candra zdecydował się zdobyć Merbabu w japonkach – nie wynikało to z braku doświadczenia, a raczej z jakichś idealistycznych powodów ekologicznych. W każdym razie schodzenie szło mu naprawdę trudno. Na szczęście słońce zaczęło już nieco przygrzewać, więc skończyliśmy wreszcie przeraźliwie marznąć. Zaczęliśmy za to głodować, więc z radością powitaliśmy kawał chleba zostawiony przez obozowiczów na przełęczy.
Gaziego znaleźliśmy po kilku godzinach marszu w „pos 2”, gdzie dotarł z ekipą z NGO, która rozstawiła już tam całe miasto (brakowało tylko telefonu satelitarnego). Wcisnęli nam kilka paczek ciastek (mnie też by się nie chciało tyle znosić), po czym pożegnaliśmy się.
Do wsi z szosą doszliśmy dopiero przed 17, na przemian stękając i znów żartując. Zasnąłem dopiero o 18 w autobusie Magelang-Jogja – ale tak, że dopiero któreś z kolei „Dziogdzia Dziogdzia Dziogdzia Dziogdziaoł!!!” zdołało przywrócić mi świadomość.
Ogólnie jestem zadowolony z wyprawy, choć przez kilka godzin na górze majaczyłem „chcę do domu” oraz wyobrażałem sobie niedawny, choć tak już daleki obraz cieplutkiej Jogjy. Cud, że się po tym nie przeziębiłem. Widoki były, owszem, lecz nie tak spektakularne jak te z Bali, bo w wielu kierunkach przymglone. Ale pobicie życiowego rekordu wysokości i długości wejścia, a także jeszcze lepsze zintegrowanie się w grupie trzech kumpli daje satysfakcję.
Interesująca okazała się też kultura indonezyjskich turystów górskich. „Nasza” ekipa nie była jedyną, która pakowała się na wulkan z dużą ilością sprzętu. Widząc ich, myślałem, że zamierzają tam spędzić kilka dni. Okazało się, że nie weszli nawet na sam szczyt; wrócili po kilkunastu zaledwie godzinach, również prawie bez snu. Gorąca kawa na górze jest rzeczą przyjemną, ale pomaga niewiele – poza tym łatwiej ją przynieść w termosie. W ich rozmowach, a także na vlepkach w „base camps” przewijało się kilka słów kluczowych: „NGO”, „environmental”, „adventure”, które są w Jogjy w pewnych kręgach na topie, i stanowią kolejny przykład wszechobecnego tu przerostu formy nad treścią i dbałości o status...
W sobotę wieczorem, po dotarciu do domu Candry ledwo żywy wsiadłem na motor, odwiozłem Gaziego i ruszyłem do centrum – do Malioboro Malla, w którym już trzy prawie godziny wcześniej byłem umówiony z bawiącą wyjątkowo w Jogjy Molką. Oczywiście już dawno stamtąd wybyła, w końcu znalazłem ją w którejś ze szpanerskich kafejek.
I tu zaczęły się... święta! Po drodze do domu dowiedzieliśmy się, że niedzielna msza w największym Jogjańskim kościele jest o 7 rano, i postanowiliśmy na nią pójść. Po czterech tym razem godzinach snu, a więc wciąż bardzo zmęczony, zaliczyłem liturgię po indonezyjsku. Potem pojechaliśmy na plac przed kratonem, gdzie w jednym z warungów dołożyliśmy do zwykłego śniadania (ryż i coś w rodzaju placków) po gęsim jajku pod hasłem wesołych świąt. I na tym koniec ceremonii – ale fajnie! Niedługo później odwiozłem Molkę na dworzec, wróciłem do domu i kamiennym snem zakończyłem ten wyjątkowo długi, świąteczny weekend.
Zdróweczko,
J.,
Yogyakarta, 11-04-2007, 18:25
03 kwietnia 2007
Znowu podróże
Nie wiem już kto powiedział, że kilka dni po przyjeździe do nowego kraju można napisać o nim książkę, po miesiącu artykuł, a po roku nic się nie da o nim powiedzieć...
Nie dość więc, że zwalę winę za swoje milczenie na nieszczęśnika, który wymyślił powyższy aforyzm, to jeszcze wykorzystam go do uzasadnienia wyboru nowego tematu. Spędziłem mianowicie ostatnio 6 dni w Malezji i 2 dni w Singapurze.
Impulsem dla tej wycieczki było rychłe wygaśnięcie 60-dniowej indonezyjskiej wizy. Najlepszym (i jedynym w pełni legalnym) sposobem otrzymania nowej jest opuszczenie kraju i ponowny wjazd. Postanowiłem nie myśleć długo i zobaczyć co słychać za granicą, bo nierzadko ma się po drodze do południowo-wschodniej Azji.
MALEZJA
Wybrałem bezpośredni lot z Solo w Jawie centralnej do Kuala Lumpur. Pierwsze wrażenia z Malezji są szokiem. Jeszcze z okna samolotu widać palmy rosnące w równych rzędach na ogromnych plantacjach, oraz pełnowymiarowe autostrady. Na lotnisku informacja o autobusach do miasta jest jasna i klarowna, z wołami podaną ceną. Centralny dworzec kolejowy w KL jest nowoczesną, wielopoziomową, czystą budowlą. Bilet na pociąg miejski (również nowoczesny, bezzałogowy) jest elektroniczny, przechodzi się przez bramkę, na wyświetlaczach podane są kierunki i czasy oczekiwania. W mieście pełno drapaczy chmur (z górującymi wieżami Petronas, jedyną rzeczą jaką wiedziałem o Malezji jeszcze rok temu), wszędzie samochody (motocykli jak na lekarstwo), ruch zorganizowany, są chodniki, całkiem czysto. Są to sprawy dla Europejczyka zupełnie normalne – ale po dwóch miesiącach spędzonych w Indonezji właśnie one robiły na mnie największe wrażenie!
Cechą KL, jaka od razu rzuca się w oczy, jest zróżnicowanie etniczne. Mijają mnie mniej więcej równe ilości Malajów (wyglądających tak jak Indonezyjczycy), Chińczyków i Hindusów, trochę mniej ale również sporo białych. Kolor skóry i kształt twarzy zdaje się nie mieć dla nikogo znaczenia, choć jeszcze niedawno rząd malezyjski starał się ze wszystkich sił zaprzeczyć temu stanowi rzeczy... Oprócz części biznesowej i, nazwijmy to, „reprezentacyjnej”, w skład centrum wchodzi Chinatown i Little India, które są właściwymi, żywymi ośrodkami miejskiego życia: z barami, restauracjami, bazarami, małymi sklepami.
Naprawdę ciekawych miejsc do zwiedzania jest niewiele: muzeum narodowe, ogrody botaniczne, coś w rodzaju placu Piłsudskiego, kawałek dżungli w środku miasta (yyy, komary!), po jednej ważnej świątyni muzułmańskiej, hinduistycznej i buddyjskiej. O wiele bardziej interesowały mnie spacery po „etnicznych” dzielnicach i przypatrywanie się miejskiej infrastrukturze.
80% ludzi w Malezji (a przynajmniej w jej bardziej cywilizowanych rejonach) włada niezłym angielskim, co jest spuścizną po Brytyjczykach, którzy zabrali się ze swoimi rządami tutaj dopiero w roku 1957. Było to dla mnie nie lada ułatwienie, jednak czasem trafiałem na reprezentanta pozostałych 20% i wtedy do boju ruszał mój koślawy indonezyjski, który jest jeszcze bardziej podobny do malajskiego (oficjalnego języka Malezji) niż czeski do słowackiego. Od jednego sprzedawcy szaszłyków dowiedziałem się więc, że mówię po malajsku, co było nie lada zaskoczeniem dla nas obu! W innych miejscach za to rozpoznawano mnie trafniej jako „orang Indonesia”, co łechtało mnie przyjemnie – bo skoro nawet w Malezji ludzie twierdzą, że mówię po indonezyjsku, to widocznie naprawdę tak jest...
Po dwóch dniach spędzonych w KL wybrałem się w góry Cameron Highlands, których reklamą jest fakt, że jest tam sporo chłodniej niż na wybrzeżu. Co prawda gorąc mi zupełnie nie przeszkadza, ale postanowiłem zobaczyć plantacje herbaty, szlaki w dżungli i poznać innych turystów.
Gdy wysiadłem z klimatyzowanego autobusu (brrr!!!) na przystanku w Tanah Rata, głównym kurorciku w okolicy, powitało mnie jak zwykle kilku... no właśnie: w Indonezji byłby to kartel naciągaczy. Moją pierwszą reakcją było więc: uciekać i wyczaić wszystko na własną rękę, bo inaczej dezinformacja i drenaż kieszeni gotowy. Lecz po chwili zreflektowałem się, że to jednak nie Indonezja, ludzie z reguły tu nie oszukują, i spróbuję z nimi pogadać. „Welcome to Cameron Highlands!” zawołał dziarsko jeden z nich, po czym opowiedział mi dokładnie i, co ważne, zgodnie z prawdą, co na mnie tu czeka. W dodatku przeprowadził mnie przez cały kurort i znalazł mi ostatni dostępny busik turystyczny, który jeszcze nie wyjechał na objazd okolicy. Sam bym tego z pewnością nie dokonał w 5 minut... Po żarłocznych tłumach naciągaczy z Bali taka sytuacja była bardzo pozytywnym zaskoczeniem.
A na pokładzie busika kogo znajduję? Keitha, Amerykanina poznanego dwa dni wcześniej w autobusie z lotniska do KL! Razem z nim oraz pewną Niemką z Australii włóczyliśmy się po okolicy do późnego wieczora, co było jednym z najfajniejszych punktów wyprawy. A potem... wziąłem pierwszy od dwóch miesięcy ciepły prysznic!
Następnego dnia poszedłem na kilkugodzinny spacer po górskiej dżungli, a potem poznałem w hostelu Francuza z Pirenejów, który mieszkał tam od miesiąca, codziennie wieczorem grał na saksofonie za żarcie i spanie, i twierdził, że nigdy wcześniej nie był dalej niż w Barcelonie... Bardzo sympatyczny koleś, ale ja niestety uznałem że chcę jeszcze tego wieczoru pojechać do Melaki, więc szybko się pożegnałem i wsiadłem w powrotny autobus do KL. Później bardzo żałowałem tego kroku, bo wieczór niepotrzebnie spędziłem w autobusie oraz znów włócząc się po chińskiej dzielnicy KL – jako że ostatnie autobusy do Melaki uciekły...
Melaka to miasto o strategicznej niegdyś lokalizacji i niesamowicie bogatej historii: przez wieki rządzili nim kolejno lokalni sułtani, Portugalczycy, Holendrzy, Brytyjczycy, Japończycy, i rząd Malezji – i wszyscy coś zostawili. Obecnie mieszkają tam Malajowie, Chińczycy, Hindusi, oraz specjalnie wyróżnione krzyżówki: Malajów z Chińczykami i Malajów z Hindusami. Tygiel jakich mało...
Zwiedziłem tam z 7 (małych) muzeów (co najmniej trzy naprawdę ciekawe), kilkanaście chińskich świątyń, i znów tradycyjnie włóczyłem się po ulicach. Tu poznałem Niemca z San Francisco, który codziennie pisał 5 zdań specjalnych relacji, żeby potem systematycznie i dokładnie zreferować wszystko wymagającym rodzicom. Dodam, że miał ponad trzydziestkę.
SINGAPUR
Po dwóch dniach wsiadłem w bezpośredni autobus do Singapuru. Już przejście graniczne stanowiło nie lada atrakcję: kilka kontroli, uzbrojona po zęby straż, i pełno plakatów o karze śmierci i chłosty za różne przewinienia. Przyznam, że miałem niezłego stracha – ponoć zdarza się, że szmuglerzy wrzucają do plecaków nieświadomych turystów paczki z narkotykami po Malezyjskiej stronie, a gdy straż graniczna je wykryje, nieszczęśników czeka niechybny stryczek w singapurskim więzieniu, i żadna ambasada ani Amnesty International nie jest w stanie tego odwrócić... Szczęśliwie bez problemów znalazłem się po drugiej stronie machiny i wsiadłem w lokalny autobus do centrum.
Singapur zrobił na mnie wrażenie potężne. Pomiędzy Malezją, Sumatrą i Jawą znajduje się oaza super-czystej przestrzeni, po której poruszają się wyłącznie nowe samochody, gdzie każda szkoła wygląda jak z Beverly Hills 90210, gdzie architektura i urbanistyka powala jakością, bogactwem i dobrym przeważnie smakiem... Uderzyła mnie j a s n o ś ć tego miasta – beżowe ulice i chodniki, białe budynki, mnóstwo soczystej, tropikalnej zieleni.
Pierwszy raz od października 2005 znalazłem się w kraju anglojęzycznym: dziwnie i przyjemnie było rozumieć wszystkie napisy. Pierwszy raz od 2005 znalazłem się w ścisłym lesie drapaczy chmur, który zakręcił mi w oku łezkę: One Cośtam Plaza, 18 Jakaśtam St – przypomniały się regularne wizyty w podobnych budynkach w miejscu położonym prawie dokładnie po drugiej stronie globu... Wjechałem za pozwoleniem ochrony lub bez na kilka drapaczy i pooglądałem finansową stolicę regionu bardziej całościowo.
Widziałem tu najbardziej zadbane z Chinatowns, które właściwie nie pełni roli chińskiej enklawy, raczej po prostu starego miasta – jako że 75% mieszkańców Singapuru to Chińczycy. Oczywiście i tu jest tradycyjny bazar, nie zasługuje jednak raczej na tę nazwę, gdyż jest bardziej „tradycyjny” niż „bazar” (W Dżogdży „pasar tradisional” jest głównym źródłem zaopatrzenia dla większości mieszkańców).
Wieczorem obserwowałem życie miasta centrów handlowych i „food courts” – całych kwartałów czy nawet dzielnic zakupów i rozrywki. Przewalały się tłumy chłopaków, turystów, singli, Chińczyków, par, dziewczyn, Hindusów, rezydentów, białych... Wszystkie języki dozwolone, podobnie jak wszelkie stroje – czego efektem tabuny zajebistych lasek – szczególnie w porównaniu z purytańską Jawą...
W hostelu darmowy internet, ale nad komputerami napis: „ściąganie mp3 i programów zabronione prawem singapurskim – gdy cię złapiemy oddajemy cię policji”. Z kolejnym Niemcem obieżyświatem oraz wyglądającym jak Dalajlama Filipino-Amerykaninem prowadziłem nocne expatów rozmowy...
BATAM
Następnego dnia po południu wsiadłem na prom na położoną bardzo blisko Singapuru (za to sporo dalej od Sumatry) wyspę Batam, należącą wreszcie do starej, dobrej Indonezji. W „imigrasi” w porcie bez zgrzytów dopełniłem formalności wizowych, i... znów się zaczęło, witamy w domu!
O Batam słyszałem wcześniej bardzo niewiele, ale większość informacji była złowieszcza: że duża przestępczość, że nie ma hosteli, że drogo. Na promie poznałem Fredy’ego, i znajomość ta okazała się kluczowa dla moich losów na wyspie. Fredy był dżakarckim biznesmenem, który spędził niegdyś sześć lat w USA, był w Europie, a teraz planuje otworzyć restaurację na Batam. Sam sympatyczny i pomocny, miał lokalnego znajomego, który załatwił mi najtańszy nocleg z „gwarancją” bezpieczeństwa („j a znam właściciela tego hoteliku, więc nie ma strachu, nie okradną cię”), transport z promu do centrum Nagoyi, krótkie zwiedzanie nocnego miasta (największą atrakcją były duże ilości dziwek przesiadujących w barach na rogach), oraz podwózkę na lotnisko wczesnym ranem następnego dnia. Razem z Fredym zjedliśmy obiad (on postawił!), w trakcie którego wzruszyłem go opowieściami o grupie gamelanowej promującej wiedzę o Indonezji w dalekiej Polsce („sądzę, że powinniśmy ci szczerze podziękować za to co robisz dla naszego kraju!”), po czym koledzy koniecznie chcieli pokazać mi burdel naprzeciwko mojego noclegu („nic” nie kupiliśmy, żeby było jasne).
O 6 rano (czyli już za dnia) przejechałem (siedząc z tyłu motoru) pół wyspy z Nagoyi na lotnisko. Krajobraz iście kosmiczny: ogromne, czerwone, niskie, przymglone nieco słońce zawieszone nad siecią dwupasmówek przecinających czerwoną glebę i tropikalną roślinność. Dookoła widać wysokie budynki luksusowych hoteli, magazyny i fabryki często imponujące rozmiarami, ale nie jakością utrzymania, oraz mnóstwo świeżo wybudowanych, nowobogackich dzielnic willowych – typowym obrazkiem była pompatyczna biała brama wjazdowa z ogromną rzeźbą pośrodku – ale ulica niewyasfaltowana...
Podsumowując – Batam to specjalna strefa ekonomiczna Indonezji, która nie istniałaby, gdyby nie obrzydliwie bogaty sąsiad tuż obok. Wyspa jest rozrywkowym (w tym moralnym, ale przede wszystkim tym niemoralnym znaczeniu) zapleczem dla duszących się w swoim rygorystycznym państewku Singapurczyków, a także składem i dystrybutorem na resztę Indonezji prawie nowych „odpadów” stamtąd – przykładem dominacja na ulicach kilkuletnich luksusowych samochodów. Nie dziwię się, że ściąga tam „element” z całego kraju, przydając błyskawicznemu i chaotycznemu rozwojowi atmosferę anarchii. Nie grałem nigdy w c y b e r p u n k a , ale właśnie to słowo przychodzi mi na myśl jako najkrótszy opis tej krainki...
DŻAKARTA
W Batam wsiadłem w samolot do Dżakarty, trzeciej stolicy w ciągu tygodnia... Mając ok. 8 godzin do wieczornego pociągu do domu postanowiłem zobaczyć coś niecoś z miasta, o którym słyszę w różnych kontekstach niemal codziennie od studentów i znajomych, czy z gazet. Z mglistym planem zwiedzania (w Dżakarcie taki najlepszy – dokładniejszego i tak się nie zrealizuje), po zaliczeniu kilku lokalnych autobusów trafiłem do północnej części miasta, w okolice stacji kolei miejskiej Kota. Najpierw obejrzałem oryginalne środki transportu, jakie mamy tu do dyspozycji – wspomniany już przy okazji styczniowych przygód bajaj, czyli trójkołowa vespa z kabiną made in India (oczywiście masz rację, Wirus!), jego większy brat mieszczący 6+ osób (ale wciąż trójkołowy!), mikrobusy, ojeki (kolesie na zwykłych motorach oferujący podwózkę), oraz ich rowerowa wersja – z siedziskiem tam gdzie mój rower ma bagażnik. Oczywiście wszyscy panowie kręcący się wokół nich bardzo chcieli mnie gdzieś podwieźć, ale musiałem im podziękować, bo przecież sam nie wiedziałem dokładnie „dokąd chcę” (najczęstsze indonezyjskie pytanie, niczym angielskie „how are you”).
Za pierwszy lepszy cel obrałem sobie niedalekie wybrzeże, i tym sposobem trafiłem na tory kolejowe, czyli do slumsów... I to była najciekawsza część dnia, bo slumsy zafrapowały mnie od kiedy zobaczyłem je dwa miesiące wcześniej z okna pociągu do Yogyakarty – wtedy nie myślałem, że kiedykolwiek odważę się do nich wejść... Zagadywałem z przechodniami (a raczej „tubylcami”, bo ciężko o nich nawet powiedzieć, że „przechodzili” – oni po prostu „byli” tam, w pobliżu swoich stert blach i kartonów, służących za domostwa) bardziej chyba w celu zwiększenia poczucia bezpieczeństwa i usprawiedliwienia swojej tam obecności („którędy do morza?”) niż towarzyskiej rozmowy. I tak szedłem sobie wąskimi zaułkami w kierunku wybrzeża, które właściwie było już zupełnie nieważne, słuchając dzieci wrzeszczących „hello mister” i czując na sobie świdrujące wzroki dorosłych – niczym na najzapadlejszej wsi, a nie w historycznym centrum jednej z największych metropolii na świecie.
Później szedłem główniejszymi ulicami, które są tu bardziej zaniedbane i brudniejsze niż w Dżogdży. Ludzie wydają się też bardziej obojętni. W końcu trafiłem nad to cholerne morze, którego właściwie nie było za bardzo widać zza bieda-domków na palach, po czym ojekiem rowerowym wróciłem na stację Kota.
Do miejskiego pociągu wsiadłem „z ziemi” – był za długi, żeby zmieścić się na peronie. Początkowo nie było szczególnie tłoczno (w każdym razie nie gorzej niż w 175 na Nowym Świecie o 17:30 w piątek przed gwiazdką). Ale żeby wysiąść na stacji Pasar Senen musiałem zanurkować w ciżbę napierającą z zewnątrz – co zapewne zakończyło się sukcesem tylko dlatego, że przewyższałem ją średnio o głowę. Dodam, że jedynie część pasażerów podróżuje wewnątrz wagonów – reszta zajmuje wygodne i przewiewne miejsca na dachu lub uwiesza się na lokomotywie. Potem została mi już tylko wizyta w warungu, i dziewięciogodzinna podróż normalnym już, nocnym pociągiem do Dżogdży, z czego dzięki Morfeuszowi nie pamiętam właściwie nic. A następnego dnia – do pracy.
W czasie swojego pobytu w stolicy Indonezji nie spotkałem żadnego innego cudzoziemca. Fakt, chodziłem tylko po biednych dzielnicach, gdzie ludzie reagowali na mnie tak, jakbym był pierwszym białym, którego widzą od miesięcy. Dżakarta jest zdecydowanie miastem kosmopolitycznym, ale ludzie się tu nie mieszają, nie spotykają wszyscy w „centrum”, jak w Europie. Zarówno biedni, jak i bogaci mają swoje getta, i raczej ich nie opuszczają. Jedni z drugimi nie mają wiele wspólnego, oprócz tego, że mogą powiedzieć „mieszkam w Dżakarcie”.
Dżakarta wywołała na mnie silne wrażenia nawet po dwóch miesiącach spędzonych w innych częściach kraju, którego jest stolicą. Chcę przez to powiedzieć, że moje rewiry znacznie się od niej różnią: Yogyakarta jest o wiele bardziej zrównoważona, slumsów prawie nie ma, panuje wysoka jawajska kultura osobista. W dodatku ja mieszkam na przedmieściach, gdzie rockandrollowi studenci Uniwersytetu Sztuk mieszają się z wieśniakami, a budynki kampusu z polami ryżowymi.
Pozdrawiam!
J.
Yogyakarta, 4-04-2007, 1:10



















